czwartek, 27 maja 2010

Wolna wola czy przeznaczenie?


Po przerwie w aktualizacjach wracam z odsieczą z bardzo aktualnym dla mnie pytaniem. Tekst powstawał w częściach, może być nieznacznie niejednorodny.

Ostatnimi czasy zastanawiam się nad (nie)istnieniem wolnej woli i idących za tym konsekwencjami. Rozpatrując tę kwestię pojawia mi się silny dysonans, gdyż jestem w stanie znajdywać za i przeciw dla każdej ze stron. W końcu wydaje mi się, że jednocześnie obie teorie mają rację, jednak w pewnym innym, jakby lokalnym sensie.

Można zacząć od podstawowego pytania, czym jest wolna wola? To możliwość decydowania o własnym losie; to sytuacja kiedy jakieś 'Ja' podejmuje świadomą decyzję, która była nie do przewidzenia w żaden sposób. Kwestię można rozpatrywać z mnóstwa perspektyw.

Zacznijmy od mózgu i świadomości woli. Jeśli chodzi o nasze intuicyjne uczucie, że mamy świadomy wpływ na to co się dzieje, to - zgodnie z obecnym poziomem wiedzy - wolna wola tylko się nam wydaje. Świadczy o tym wiele eksperymentów neuropsychologicznych. W jednym z nich obserwowano aktywność elektryczną mózgu przy całkowicie wolnych decyzjach (eksperyment Benjamina Libeta). Badani mieli naciskać przycisk kiedy im się zachciało. Otóż okazało się, że udało się znaleźć moment aktywności mózgu ZANIM badany poczuł chęć naciśnięcia. Czyli trochę tak, jakbyśmy nagle sobie zdawali sprawę z tego co chcemy zrobić, mimo, że mamy "pewność", że to nasza całkowicie niezależna decyzja. Ale tę decyzję podjął ktoś inny. Kto? Mózg, podświadomość, parę milionów mniej lub bardziej przypadkowych wyładowań neuronów czy trochę mieszającej się zupy aminokwasów... a może z innej strony: decyzja leżała w rękach tajemniczych energii wszechświata, samolubnego genu, uniwersalnego umysłu czy może latającego potwóra spagetti?

Kolejne ciekawe wnioski płyną z innego badania z zakresu neurofizjologi. Badanym drażniono ciemieniową okolicę kory mózgowej co skutkowało całkowicie "dobrowolną" chęcią np. poruszenia kończyną, oblizania ust itp. Ciekawe, znów 'ktoś' się dowiaduje, że chce czymś ruszyć i to dowiaduje się ostatni. Jeśli tempo rozwoju metod neuroobrazowania mózgu się utrzyma, niedługo będziemy w stanie stwierdzać co zrobi dana osoba, zanim ona się o tym dowie. Dick ze swoim "Raportem mniejszości" miałby niezły ubaw :).

Wynika z tego, że z punktu widzenia neurobiologii coś jak wolna wola nie istnieje. Jesteśmy jedynie obserwatorami (hmm, czy to brzmi znajomo?) ciał, które sobie tańczą do swoistego rytmu świata i nie jesteśmy w stanie nic zrobić, ponieważ nasza decyzja, żeby to coś zrobić została już podjęta. Koniec. :)

Można do problemu podejść od strony matematyki czy fizyki. Oczywiście tutaj sprawa wydaje się dosć sporna, gdyż nie znamy jeszcze (i jak sądzę nigdy nie poznamy, a raczej nigdy nie wypowiemy/zapiszemy/itp.) całego wzoru wszechświata; równania, które powie nam dokładnie co się stanie w jakimkolwiek punkcie czasoprzestrzeni. Otóż fizycy podejmowali wiele prób. Przykładowo dynamikę Newtona przez kilkaset lat uważano za teorię doskonała i jawiła się jako właśnie taki magiczny wzór. W uproszczeniu mówiła o tym, że jeśli znasz masy i położenia wszystkich cząstek, są odpowiednie wzory, aby wyliczyć ich masy i położenia w dowolnej innej chwili - innymi słowy, masz wzór na czytanie przyszłości. Świat wg Newtona wyglądał jako niesamowicie skomplikowany bilard kulek podobnych do Ziemii czy innych planet, tyle że mniejszych. Jednak w pewnej chwili pojawił się człowiek z niezłą wyobraźnią, który latał sobie na promieniu światła, a nazywał się Einstein. Uznał on, że świat wygląda odrobinę inaczej, po czym przekonał do tego resztę świata, tworząc najpierw szczególną, a potem ogólną teorię względności. W zasadzie, jeszcze w tym punkcie fizyki, determinizm nie był aż tak zagrożony, dopóki nie pojawiły się "niewygodne" wyniki badań nad kwantami (prawdę mówiąc Planck dał początek mechanice kwantowej chwilę przed odkryciami Einteina, bo w 1889 roku).

Problemy mechaniki kwantowej wygodniej będzie poruszyć za chwilę, zastanówmy się jeszcze nad czysto matematycznym punktem widzenia. Otóż nie w niej czegoś takiego jak losowość. Nie można zapisać wzoru na coś losowego, pojawiającego się bez przyczyny. Można odpowiednio komplikować wzory, korzystać z dziwacznych funkcji (tak, aby było wystarczająco skomplikowane, żeby ktoś mógł to przewidzieć), ale nie jest możliwe napisać algorytmu, który wypisałby czysto losowe liczby (z drugiej strony za 'losowe' można uznawać nieskończone rozwinięcia liczb typu Pi czy pierwiastek z 2 [albo analizę złożoności fraktalnej np. zbioru Mandelbrota], ale intuicyjne rozumiemy, że taka liczba "jest", tylko my jej jeszcze nie odkryliśmy, to znaczy, że tylko nam - obserwatorom - jawi się jako losowa). Problem zaczyna się komplikować w trakcie jego przetwarzania i tutaj wkraczają filozofowie.

Cóż znaczy to, że nie ma wolnej woli? Na przykład to, że wszystko jest ustalone z góry, to co piszę, to kto to czyta, to co się stanie za lat 5, 50 i 5 milionów. Gdzieś jest zapisane, ktoś o tym "wie" i nie mamy szans, żeby się z tego planu wydostać, możemy jedynie zdać sobie z niego sprawę. Nie brzmi to zbyt optymistycznie, chociaż osobiście dla mnie jest źródłem spokoju i szczęścia, że wszystko jest tak jak ma być. Stawiając sprawę prosto, nie może być inaczej! Gdyby mogło, to by było. Kogoś kto wie co się stanie możemy nazwać wróżką. Albo Bogiem. Wszystko jedno. Jednak mnie taka odpowiedź nie satysfakcjonuje, zanim wytłumaczę dlaczego zajmę się przeciwległym biegunem.

Zajmijmy się przeciwnym biegunem. Czyli mamy wolny wybór w tym czego chcemy dokonać. Być może jest on w jakiś stopniu ograniczony daną sytuacją (np. nie potrafimy pływać tak długo pod wodą jak ryby) jednak dalej możliwości mamy nieskończenie wiele.

Posiadanie wolnej woli czujemy bardzo intuicyjnie. To, że mamy kontrolę nad sytuacją; to, że decyzje leżą w naszych rękach. O tym mówi "Sekret" - Twoje myśli tworzą Twoją rzeczywistość. Bardzo wiele się ostatnio o nim mówi. Faktycznie - jeśli patrzymy na świat negatywnie, właśnie takie cechy zaczynamy coraz lepiej dostrzegać (i odwrotnie).

O tym mówi nam też psychologia poznawcza i neuronauka. Mózg uczy się w zależności od bodźców, które dostaje - np. szachiści znacznie lepiej zapamiętują sensowne układy szachów od osób niezwiązanych profesjonalnie z tą grą, jednak jeśli porównać zapamiętywanie bezsensownych układów, radzą sobie tak samo (a nawet gorzej!).

Kolejną płaszczyzną jest fizyka kwantowa. Mamy tutaj nieoznaczoność Heisenberga, w której nie da się jednocześnie odczytać pędu i masy cząsteczki. A więc, jedna z tych wartości jest nieprzewidywalna, losowa, nie potrafimy jej przewidzieć, możemy tylko przybliżyć, ale dostaniemy dokładnego pomiaru. W tym sensie możemy popatrzeć, że cząstka jest 'wolna', ponieważ ma w sobie informację, której nie jesteśmy w stanie przeczytać, dostajemy zawsze jej fragment.

Być może jednak wynika to z naszej obecnej niewiedzy, a za "szaloną" fizyką kwantową kryje się tak naprawdę deterministyczny wszechświat, na co liczył Einstein.


Osobiście im dłużej o tym myślę, tym bardziej dojrzewam do myślenia za brakiem wolnej woli. Według mnie w obiektywnym sensie nie istnieje: jest los, nie ma przypadku, cały świat płynie w dobrze ustalonym kierunku i nie da się tego zmienić. Możemy patrzeć lokalnie i tam dostrzegać brak determinizmu, ale to trochę tak, jakby przesiadać się między miejscami w autobusie podczas gdy cały autobus i tak jedzie, niezależnie od naszej przesiadki. Sądzę, że kluczowe jest rozłączenie obiektywnego postrzegania z subiektywnym.

Subiektywnie mamy wpływ na świat, tworzymy go tak jak chcemy, jednak nigdy nie poznamy do końca celu i przynowości. Gdyby nam się coś takiego miało udać, ktoś musiałby o tym pomyśleć i stworzyć subiektywny konstrukt takiego celu. Budując zaś cokolwiek z materialistycznego świata (obojętnie czy jest to tylko myśl, słowo, pojęcie, impuls elektryczny czy oznaczenie pędu lub masy cząstki), wpadamy w subiektywizm, gdzie cokolwiek istnieje jest zależne i ma swój cel zależnie od układu odniesienia. Za to nie ma tego celu "samego w sobie".

Można na to spojrzeć w taki sposób, że jakby wszystko co się wydarza miało się właśnie tak wydarzyć (por. zasada antropiczna), jednak dopóki się nie wydarzy nie potrafimy tego zobaczyć (a więc uznajemy to za niepewne, nieprzewidywalne), jednak nie jesteśmy w stanie tego zmienić - wszystko jest już ustalone. Obserwacja tworzy rzeczywistość, ale ta rzeczywistość jest iluzją! Dlatego, że aby mogła istnieć (czy być doświadczana) musi być subiektywna, a więc doświadczana przez kogoś.

Dlatego chętnie wprowadzę kolejny dualizm rzeczywistości, na świat dualny i niedualny :-). I tak:
- świat nr 1: obiektywny, wewnętrzny, ezoteryczny, doskonały, tajemniczy, niepoznawalny, duchowy, nieuchwytny, Pustka, Prawda, coś czego nie da się zobaczyć (dotknąć, poznać zmysłami, pomyśleć o, poczuć, itd.), świat idei Platona, świat matematyki, "rzeczy same w sobie" Kanta, nieoznaczony, ale jednocześnie deterministyczny, bo wszystko w nim jest jasne i takie jakie ma być, jedyny prawdziwy, księżyc, na który wskazuje mistrz
- świat nr 2: subiektywny, zewnętrzny, materialny, widzialny, niedoskonały, możliwy do opisania, nierealny, iluzoryczny, Forma, świat Ego i jego pomysłów, świat aksjomatów i założeń, zależny od kontekstu i obserwatora, wydaje się probabilistyczny, bo tylko tak możemy go 'przewidywać', nieskończenie złożony, nietrwały, zmienny, palec mistrza wskazujący na księżyc

I w tej pięknej rzeczywistości obserwujemy gonitwę subiektywnego, który chce poznać obiektywny i coraz dokładniej oplątuje go coraz bardziej złożonymi formami, jednak dopóki korzysta z Formy, nigdy mu się nie uda ostatecznie połączyć, gdyż nie dostrzeże Pustki; nie można wyrazić za pomocą słów, czy jakichkolwiek konstruktów Prawdy, gdyż w chwili gdy się skorzysta z nawet najsubtelniejszej Formy (myśli, słowa, energii, czegokolwiek), zanieczyszczamy Prawdę jakąś Formą. Zaś samą Prawdę można tylko obserwować.

wtorek, 17 listopada 2009

Synchronizacja danych między komputerami



Ostatnio napotkałem problem synchonizacji dwóch komputerów ze sobą. Często korzystam z laptopa, ale mam też PC. Każdy z tych komputerów ma pewne miejsca w których lubię używać konkretnego (np. laptop na uczelni, a PC do pracy z racji większego ekranu). Pojawił się problem z utrzymaniem danych w jednym miejscu.

Aby przenosić dane między komputerami można stosować różnego rodzaju dyski przenośne czy pendrivy, ale ma to sens tylko w przypadku większych plików.

Co zrobić z mniejszymi rzeczami typu zakładki w przeglądarce, archiwum komunikatora, rss...? Chciałem mieć możliwość dostępu z jednego i drugiego komputera do tego samego stanu. Odpowiedzią jest synchronizacja.

Co chcemy synchronizować?

1. Przeglądarka.


Czyli zakładki, ustawienia, dla firefoxa są to wtyczki, dla opery np. szybkie wybieranie.

Osobiście korzystam z opery. Jeśli chodzi o zakładki, historię, szybkie wybieranie i wyszukiwarki mamy specjalną usługę od samej opery: Opera Link. Jednak zostają jeszcze ustawienia przeglądarki - to można synchronizować razem z plikami, o czym dokładniej za chwilę.

Interesowała mnie też jeszcze synchronizacja między ff a operą, jako że na jednym komputerze korzystam z opery, na drugim czasem z opery czasem z ff. Otóż jest kilka opcji:
• możemy trzymać zakładki na zewnętrznym serwisie: http://delicious.com/, czy http://www.google.com/bookmarks/ i synchronizować wtyczką do ff
• możemy skorzystać z programu Transmute, który obsługuje najpopularniejsze przeglądarki i pozwala dowolnie wymieniać dane między nimi. Nie sprawdzałem go dokładnie, ale nie dzieje się to chyba automatycznie, a o taką synchronizację mi chodziło, tak więc zostawiłem opera link plus synchronizację folderów.
tutaj jeszcze możesz znaleźć kolejne sposoby synchronizacji

2. Poczta i rss

Jako, że korzystam z różnych systemów na różnych komputerach warto znaleźć program, który będzie działał na nich wszystkich. Odnośnie poczty uznałem, że na razie wystarczy mi wersja w przeglądarce. Za to czytnik rss powinien pozwalać nam na eksport do formatu OPML, gdyż taki format umożliwia nam przerzucenie zapisanych kanałów rss między programami (opera ma taką opcję). Inne czytniki to:
• na Windows: Feeddemon, integruje się z google reader, całkiem przyjemny program
• na Linuxa ciekawy jest Liferea, jednak nie ma owej integracji z google reader

Najwygodniej było mi przejść całkowicie na google reader, firefox ma wygodną wtyczkę, do automatycznego sprawdzania nowości.


3. Pliki.

Ta część była dla mnie bardzo istotna, gdyż miałem dosyć przenoszenia dokumentów, zdjęć, prezentacji itp. na pendrivie między komputerami. Powstawało tylko coraz więcej bałaganu.

Jest jednak rozwiązanie. Otóż w sieci można znaleźć darmowe usługi, które automatycznie wysyłają wybrane foldery na serwer i aktualizują do najnowszej wersji. Ponownie istotne dla mnie było to, aby program uruchamiał się pod różnymi systemami.

Taką funkcjonalność miały dropbox i spideroak. Tego pierwszego używałem jeszcze kiedyś, ale miałem z nim drobne problemy - czasami nie mogłem się dostać do danych z jednego komputera do drugiego itp.

Potestowałem za to spideroak i muszę przyznać, że bardzo przypadł mi do gustu.

Nie trzeba tworzyć specjalnego folderu, jak w dropboxie, gdzie będą lądować dane. Można ustawić limit do jakiego rozmiaru pliki są synchronizowane (przydaje się na słabszych łączach). Mamy 2GB darmowej przestrzeni, co na dokumenty całkowicie wystarcza. Dane są szyfrowane i wydają się być bezpieczne, jednak super-tajne dokumenty chyba dalej będę przenosił na pendrivie ;). Ponadto dane takie są zarchiwizowane, więc program też działa jako backup.

Znalazłem ciekawe porównanie tych dwóch usług, jak ktoś się jeszcze waha.

Teraz możemy łatwo synchronizować np. ustawienia opery, wybierając odpowiednie foldery ustawień. Podobnie jakieś save'y gier, strony, muzykę i inne dane które chcemy mieć w kilku miejscach automatycznie.

Programów tego typu jest jeszcze kilka, ale te dwa są moim zdaniem najciekawsze. Jakbyś znalazł(a) coś bardziej funkcjonalnego, napisz mi o tym w komentarzach :).

4. Archiwum gadu gadu / jabbera.

Jako, że korzystam z Pidgina, synchronizacja jest tutaj bardzo łatwa, wystarczy, że zsychronizuję foldery .purple z katalogów użytkownika. Nieważne na jakim systemie siedzimy, sychnronizują sie ustawienia i archiwum rozmów.


W ten sposób udało mi się połączyć ze sobą kilka systemów i nie muszę się już obawiać, że jakiś dokumentów nie dograłem czy czegoś zapomniałem. Wszystko się kopiuje automatycznie i aktualizuje, kiedy jestem podłączony do internetu.

czwartek, 12 listopada 2009

Czy wszyscy ludzie na Ziemii są niewinni?

Chciałbym podzielić się swoimi myślami na temat winy i jej konsekwencji. Chciałem odpowiedzieć sobie na taką tezę:
"Wszyscy popełniający błędy robią to nieświadomie, więc może należałoby ich leczyć niż karać?"
a oto zapis mojego rozumowania.

Ludzie nie są winni swoich decyzji. Ogólnie ciężko rozpatrywać tutaj 'winę' kogokolwiek czy czegokolwiek.

Bo czy winne jest środowisko? Otoż można powiedzieć, że ma ono wpływ na decyzje (osoby wychowane w biednej rodzinie rzadko mają odwagę starać się o wysokie posady), na zachowanie (np. dzieci wychowywane w rodzinach gdzie rodzice się kłócą same będą powtarzać taki schemat). W jaki sposób środowisko mogłoby być winne?

Czym w zasadzie jest wina?

Nie znalazłem wyraźnej definicji w internecie, więc spróbuję określić co sam rozumiem poprzez to słowo.

Pierwsze pojawia się negatywne skojarzenie, winny to ktoś, kto zawinił, np. ukradł coś, albo popełnił inne wykroczenie (kolejny ciekawy problem, czy jeśli popełnił to samo działanie w miejscu, w którym było ono dozwolone, czy dalej mówimy o winie? Czy też wina dotyczy tylko określonego obszaru?). Jeśli podarowałem dziecku jabłko, jestem winny tego, czyli po prostu to zrobiłem. Możemy zatem uogólnić, pozbywając się negatywnego wydźwięku:
Jeśli ktoś wydaje się winny, oznacza to, że dokonał jakiegoś określonego czynu, który spowodował jakiś efekt.

Odnoszę wrażenie, że z takiej definicji słowo zdaje się dosyć bezużyteczne ;). Każdy (może prawie każdy, nie jestem przekonany jak to wygląda w świecie kwantowym) skutek miał swoją przyczynę, po co więc określać to kolejnym słowem?

Być może po to, żeby ktoś mógł wyjść z sądu mówiąc: "jestem niewinny"! Innymi słowy "nie zrobiłem tego, o co mnie oskarżali!". Zawieśmy na moment rozważania o sens tego słowa i wróćmy do jego znaczenia.

Jeśli osoba popełniła dane przewinienie, bo "musiała" czy uznajemy ją jako winną? Kogo uznamy winnym w takich sytuacjach:
1. "Zrób to, inaczej zabiję cię/twoich bliskich/kogoś" - czy uznamy kogoś kto został zmuszony przez inną osobę?
2. "Muszę to zrobić bo inaczej moja rodzina umrze z głodu!" - tym razem zmuszony został przez sytuację np. finansową.
3. "Zrobiłem tak, bo nikt mi nie powiedział, że tak nie można." - brak świadomości, że zakazano tego robić
4. "Nie wiedziałem, że to zrobiłem!" - brak świadomości wykonania działania

Przychodzi mi na myśl kilka kwestii:
- świadomość wykonania przewinienia - osoba wie (lub nie), że nie wolno tego robić zgodnie z obowiązującymi normami,
- świadomość konsekwencji decyzji - osoba wie (lub nie), że coś co robi będzie miało jakieś konsekwencje,
- potrzeba w danej sytuacji - osoba nie potrafi postąpić inaczej, okoliczności zmuszają ją do wyboru takiej decyzji, w innym wypadku niewykonanie takiego zadania przyniesie jeszcze gorszy skutek.

Mam intuicję, że decyzje podejmowane przez osoby, które łamią prawo odnoszą się do prostego prawa przyczyny i skutku.

Osoba napadła na bank i zabiła kogoś. Oczywiście, że nie trzeba było napadać na bank.
- W celu posiadania pieniędzy, mógła się zainteresować pracą. Ale tak było łatwiej/szybciej/itp.
- Być może system tak ograniczył rynek, że nie można było dostać pracy i żyć w wymarzonych przez siebie warunkach.
- Być może marzenia były zbyt odległe i oderwane od rzeczywistości?
- Być może ktoś nie widział w tym nic złego (oprócz tego, że łamie prawo).

Nie poruszając na razie tematu psychopatów, być może po prostu to ta osoba miała pewien problem ze sobą, nie potrafiła się odnaleźć w systemie. Podobnie możemy rozważyć samo morderstwo (całkowity brak empatii, dehumanizacja).

Pytanie, czy fakt, że taka osoba trafia do więzienia na 20-50 lat, jej pomoże?

Czy może pomoże jedynie nam, że nie będziemy się musieli na taką osobę patrzeć i jej się obawiać? Przypomina to trochę branie leków przeciwbólowych zamiast udania się do lekarza.

Jaka zatem powinna być procedura? Być może wszyscy, którzy popełniają przestępstwa (ale też i zwykłe, małe przewinienia) są po prostu 'chorzy' mentalnie. Nie rozumieją podstawowych zasad, gdzieś pominęli te lekcje w dzieciństwie i teraz cierpią, a także serwują cierpienie innym. Prawdopodobnie nie zdają sobie z tego sprawy, co innym czynią. Mają "dziwaczne" systemy wartości, nie rozumieją siebie, konsekwencji swoich czynów. Ale czy to wszystko znaczy, że są przegrani na zawsze?

Sądzę, że nie. Sądzę, że każdy może liczyć na zmianę, brakuje nam tylko osób, które potrafiłyby skutecznie wytłumaczyć drugiej takiej osobie w czym problem. Skrajni kryminaliści mają zapewne dosyć niską inteligencję emocjonalną (polecam książkę Daniela Golemana - "Inteligencja emocjonalna"), ale ją da się wyrobić. Wystarczy odrobina pracy nad sobą. Domyślam sie też, że długofalowy skutek byłby znacznie lepszy, niż obecnie.

Problem nie dotyczy jedynie skrajnych przypadków (jednak w taki sposób łatwiej przebiega proces wyjaśniania). Problem dotyczy także nas, mnie i Ciebie. Każdy z nas popełnia błędy, nie zawsze jednak uczymy się z nich właściwie. Możemy wyciągać błędne wnioski. Wyobraźmy sobie, że zamiast potępienia, dostajemy pomocną dłoń przy każdym potknięciu. Podchodzi do nas osoba, która rozumie w czym rzecz i dzieli się swoim doświadczeniem. Od razu uczymy się znacznie skuteczniejszego sposobu radzenia sobie z danym problemem. Nie wiem jak dla Ciebie, ale dla mnie wizja wygląda naprawde pięknie i głęboko.

W taki sposób cała negatywna energia zostaje momentalnie przemieniona w pozytywną. Być może warto zmienić nasz osobisty sposób działania? Zamiast wyrzucać błędy drugiej osobie, pomyśleć, że może ona czegoś tutaj nie rozumie i spróbować dojśc do zrozumienia i porozumienia. Być może sami czegoś nie rozumiemy, poprośmy zatem o wytłumaczenie.

Jakże wygodnie wzbudza się w kimś poczucie winy, wtedy druga osoba ustąpi nam znacznie łatwiej. Ale takie działanie tylko mnoży negatywną energię zamiast ją przekształcać na pozytywną. Nie musimy wszystkiego rozumieć od razu, ale
wystarczy niewielkie wrażenie, głos intuicji, który powie, że coś wygląda 'dobrze' lub 'źle'. Pominąć chciałbym (dziś ;) ) rozważania na temat religijnego i kulturowego punktu widzenia na poczucie winy, poczucie winy, poczucie bardzo wielkiej winy. Zajmę się tym w następnych postach.

Zakończę post osobistym stwierdzeniem, że nie istnieje coś jak 'wina', dokładniej, nie powinniśmy nikogo obwiniać o to jak wygląda, jak się zachowuje, jak wpływa na nas i na innych. Warto zwrócić uwagę, przekazać swój punkt widzenia (to najcenniejsze co mamy do zaoferowania! nikt inny tego nie ma!), próbować osiągnąć zrozumienie. Ileż problemów możnaby w taki sposób rozwiązać?

Gorąco zapraszam do dyskusji!

Kotwiczenie, a warunkowanie klasyczne

Kotwiczenie? Czy to kolejne "magiczne" narzędzie do zmiany siebie?
Warunkowanie? Czy to nie jakaś przestarzała metoda z lat Freuda?

Uważa się zwykle, że NLP i psychologia nie mają wiele wspólnego. Jednak bez psychologii NLP nie mogłoby powstać. Zamierzam zająć się jednym z punktów wspólnych dla obu tych dziedzin: kotwiczeniem i warunkowaniem, czyli cóż to takiego i dlaczego może być to przydatne?

Co nazywamy kotwicą?

Termin ten wprowadzili ojcowie NLP, Richard Bandler i John Grinder[3]. Przyjęło się, że kotwicą określamy skojarzenie określonych bodźców z reakcją emocjonalną. Przykładowo małe dziecko przynosi swej mamie pająka, kiedy ona w reakcji natychmiast krzyczy "wyrzuć to!". Dziecko na nagły krzyk matki reaguje strachem i może skojarzyć występowanie bodźca 'pająk' z emocją strach. W ten sposób dziecko może sobie zakotwiczyć nieświadomą reakcję na pająka->strach. Jeśli emocja poruszy dziecko wystarczająco głęboko, może ono do końca życia bać się pająków.

Bardzo przypomina to warunkowanie klasyczne (nazywane też warunkowaniem I typu, lub warunkowaniem pawłowskim), stanowiące jeden z paradygmatów psychologii behawioralnej i opartych na niej terapiach. Mechanizm został zaprezentowany przez Ivana Pawłowa na przełomie XIX i XX wieku, który zaobserwował go czystym przypadkiem, gdy pracował nad badaniem trawienia u psów. Warunkowanie uważa się za przykład tzw. uczenia asocjacyjnego.

Zwróćmy uwagę, że warunkowanie klasyczne stanowi przykład procesu uczenia się. Proces ten działa nieświadomie, reakcja na bodziec zachodzi automatycznie. Jednostka uczy się, że na bodziec trzeba zareagować w określony sposób. Pomyśl, jak wiele istnieje takich bodźców w Twoim życiu, których nie kontrolujesz? Jak wiele Twoich zachowań i nastawienia zależy od bardzo małych detali, z których nie zdajesz sobie sprawy?

Warunkowanie (kotwiczenie) daje duże możliwości. W ten właśnie sposób działa mózg człowieka, więc skoro znamy już mechanizm, warto zadać pytanie: jak mogę to wykorzystać?

Otóż okazuje się, że kotwice można zmieniać, potrzebą trochę samozaparcia i można sobie poradzić z wieloma problemami.

Przykłady podejścia praktycznego:
  • Boisz się wystąpień publicznych? Zakotwicz sobie pewność siebie na taką sytuację!
  • Zasypiasz nad książką? A co jeśli za każdym razem, gdy zaczynasz czytać pochłaniałoby Cię uczucie łatwej koncentracji i wysokiego zrozumienia?
  • Nie chce Ci się wstawać z łóżka? Co powiesz na uczucie niesamowitej motywacji każego ranka gdy otwierasz oczy?
  • Masz jakiś nałóg, który Ci przekadza, np. papieros? Poświęć chwilę i zakotwicz z nim stan obrzydzenia. Zastanów się jaki odniesie skutek łączenia negatywnego z negatywnym.

Pomysły na kotwice ogranicza jedynie Twoja wyobraźnia. Z punktu widzenia biologii i fizjologii mózgu kotwiczyć można jakikolwiek bodziec z jakąkolwiek reakcją emocjonalną. Jak Ci się podoba taka wizja? :)

Kotwiczenie to proces świadomego programowania własnego (ale też i innych, o tym za moment) umysłu, zgodnie ze świadomym kaprysem. Zupełnie jak w informatyce, gdzie programujemy komputer, tworząc programy i oczekując odpowiednich wyników. Jaki program masz ochotę napisać teraz? Dlaczego ten?

W ramach ciemnej strony eksperymentów z warunkowaniem, polecam zapoznać się dokładniej z kontrowersyjnym badaniem Watsona z małym Albertem z 1920 roku. Watsonowi udało się przekotwiczyć w 11-miesięcznym dziecku stan radosnej ciekawości na widok białego szczura, na reakcję lęku. Mimo zaledwie siedmiu powtórzeń, nowa kotwica przetrwała na minimum miesiąc. Dziecko reagowało strachem na inne białe obiekty: psa, królika, itp.

Kotwiczenie zdaje się być potężnym mechanizmem i można nim osiągnąć znaczące efekty. Okazuje się, że możemy kotwiczyć nie tylko siebie. W ten sposób możemy np. pomóc nie tylko sobie ale też i innym. Może kojarzyć się to z manipulacją i dobrze - tak, to manipulacja. Jednak podobnie jak każda sytuacja z udziałem innych osób to manipulacja. Za każdym razem kiedy masz jakiś wpływ na drugą osobę, manipulujesz ją. Taka sytuacja może wydarzyć się w sklepie, na przystanku, w kinie, na imprezie, w kościele... Niestety większości ludzi kojarzy się to z czymś negatywnym - podobnie jak mi kiedyś. Wydawało mi się, że manipulacja dotyczy tylko tych momentów, kiedy np. ktoś chce, abym mu oddał swoje pieniądze mimo mojej woli(np. kupując jego produkt, albo po prostu hipnotyzując go). Takie sytuacje niestety też się zdarzają, ale problem leży w ludziach i ich zaborczych pragnieniach, a nie w samej metodzie. Metodę można wykorzystać w bardzo piękny sposób! Manipulacja to bardzo ciekawy temat, napiszę o niej coś innym razem.

Jak się nauczyć przekotwiczania i zakotwiczania? Istnieje wiele sposóbów, każdy po pewnym czasie wyrabia sobie swoją wersję. Podam kilka przykładowych źródeł (polecam również materiały wideo):

http://mariagerita.net/blog_psychologiczny/kotwiczenie_motywacji/
http://www.self-improvement-mentor.com/nlp-anchoring.html
http://www.exforsys.com/tutorials/nlp/nlp-anchoring.html

http://youtube.com/results?search_query=kotwiczenie
http://video.google.pl/videosearch?q=anchoring+nlp

Podaję angielskie linki, gdyż zdarza się odnaleźć tam dużo więcej informacji niż na polskich. A jak masz więcej czasu polecam książkę Bandlera i Gingera [3].

Źródła:
1. Mietzel, G. (1998), Wprowadzenie do psychologii. Gdańsk: GWP (s. 144-187).
2. R.R. Hock (red.), 40 prac badawczych, które zmieniły oblicze psychologii (s. 101-107). Gdańsk: GWP.
3. Bandler, R., Ginger, J., Z żab w księżniczki.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Zacznijmy

Witajcie!

Od pewnego czasu mierzyłem się z zamiarem prowadzenia bloga, gdzie mógłbym przelać swoje przemyślenia z głowy. Wreszcie uznałem, że może warto przekazać to co zapisuję w zaciszu swojego dysku do sieci.


Zamierzam podzielić się moimi pomysłami i przemyślaniami. Jeśli masz jakiekolwiek komentarze odnośnie tego co czytasz, cennym dla mnie będzie posłuchać Twojej opinii. Istnieje szansa, że wywiąże się ciekawa dyskusja :).


Zachęcam do regularnego odwiedzania bloga, pojawi się tu coś co Cię zainteresuje :).

Miłego czytania!